10 najlepszych popowych tracków…
grudzień 7, 2007
…których prawdopodobnie nigdy nie słyszałeś. Najpierw jednak kilka słów na temat muzyki ogólnie – temat będzie jeszcze pewnie wielokrotnie rozwijany, bo dość rozległym i ciekawym go znajduję.
Zacznijmy od podstaw: pierwsze trzy najstarsze z najstarszych prawd muzyki głoszą:
1. Na samej, samiutkiej górze nie istnieje podział muzyki na gatunki. Istnieje podział na muzykę chujową i zajebistą.
2. Każda muzyka jest robiona w mniejszym lub większym stopniu dla pieniędzy. To truizm, ale taka jest prawda.
3. Muzyka nie ma na celu niesienia przekazu. Są wyjątki od tej reguły, ale muzyka ma generalnie sprawiać przyjemność i doszukiwanie się tanich ideologii w piosenkach jest idiotyzmem.
ad. 1 Strasznie mnie śmieszy, kiedy ktoś mówi “pop to gówno”, “rap jest chujowy” etc. Można powiedzieć “Nightwish jest beznadzejny” albo “Evanescence to gniot”, ale uogólnianie do całego gatunku jest krytynizmem. W każdym rodzaju muzyki znajdują się zajebiaszcze i gówniane zespoły (z czego tych drugich jest z reguły znacznie więcej).
ad. 2 Jeszcze zabawniejsze jest dzielenie muzyki na komercyjną i niekomercyjną. KAŻDA muzyka jest komercyjna, bo muzyk tworząc muzykę ZARABIA. Więc nie myślcie sobie, że jacy to wy nie jesteście alternatywni, bo słuchacie prawdziwych, niekomercyjnych artystów, którzy wychowali się na ulicy i znają życie. I nie robia muzyki dla pieniędzy, tylko chcą przekazać coś ważnego, są wolontariuszami dobrej woli, jeżdżą do Afryki, solidarnie żrą bambusy i nauczają ludzi.
ad. 3 Ma duży związek z poprzednim punktem. Tekściarz pisze tekst taki, jak chcesz usłyszeć, bo dajesz się nabierać na takie właśnie chwyty i myślisz, jaki on to jest fajny, bo zna życie. On to ma w dupie, napisał tekst, który ma się sprzedać. Po prostu. Słuchając Kultu nie buntujesz się przeciwko światu, słuchając Dimmu Borgir nie wyznajesz szatana, słuchając Radiohead nie jesteś niezal-romantykiem, etc. Piosenka nie ma zbawić świata, ani tym bardziej ciebie.
Po tych kilku wyjaśnieniach, czas na meritum notki. Naprawdę zajebiaszcze popowe kawałki, które gniotą większość tego, co mamy w MTV z miejsca. Nie będzie tu Justina, Nelly czy Outkastu – są zajebiści, ale ich zna każdy. Postarałem się zebrać piosenki artystów, którzy w naszym kraju są niemal kompletnie nieznani.
Jeżeli słyszeliście o nich wcześniej – to naprawdę mnie to cieszy. Chwała wam.
10. The Pipettes – Because it’s Not Love (But it’s Still a Feeling)
Kawałek nie notujący się do kategorii “genialne”, ale na swój sposób świetny. Każdy ma czasem ochotę na cukier.
9. Bran Van 3000 – Astounded
All I wanna do is love you! I just wanna take you there! Najprostsze popowe lyricsy i genialny podkład. Przepis na idealny song.
8. The Russian Futurists – Paul Simon
Kawałek zajebisty po prostu. Standardowe 3 minuty dobrego humoru. Tuu-tu-tuuu-tu. Zanucalny jak cholera.
7. Dntel – This is the Dream (of Evan and Chan)
Wspaniały głos Gibbarda, doskonały podkład Tamborello. Singiel z jednej z najlepszych płyt ostatnich lat. Wylatujemy w kosmos, koledzy i koleżanki.
6. The Roots – The Seed (2.0)
Wiecie, na jakim zajebistym motywie gitarki jedzie ten kawałek? Sprawdźcie. I ten gospelowy zaśpiew w refrenie. Song-killer.
5. Badly Drawn Boy – Once Around the Block
I znów gitarowy motyw. I znów wokal. OMG. Ti di du ta tididudi taraaa tidudidaaa, tidudi taa rat ta, tidudidudidaa da da ta, tadada tarararara, tudiduda, tididudidu tidu tada tidi du ta ti di ta. Toż to jak Kylie “Na-na-na-na-nananana” Minogue
4. Cafe Tacuba – Puntos Cardinales
Nazywanie Tacuby “latynoskim Radiohead” jest na wyrost. Ale ten kawałek gniecie. Wakacje, Meksyk, tequila, nachos, salsa, te klimaty. Bit!
3. The Avalanches – Since I Left You
Kawałek zrobiony z samych sampli. KURWA JESTEM W SZOKU, że można zrobić taką płytę jak ta The Avalanches tylko z sampli. Masakra.
2. Annie – Heartbeat
Nie rozumiem, nie ogarniam. Pół świata się spuszcza, w Polsce cisza. Jaka Annie? Kto? Lennox? Nie! Annie! Ta Annie! I jej zajebiste w chuj Heartbeat. Feel this shit!
1. Junior Senior – Can I Get Get Get
Leeejdis and dżentelmen. Król, 10/10, takie coś. Jeden z najbardziej zjadających kawałków ever. Dwóch kolesi z Danii, z zimnej, zapyziałej Danii robi piosenkę o zabawie. I kurwa, udaje im się. Wszystko tutaj to zabawa, dobry humor, omg, omg, omg. Ooooh, Can I get get get / to know know know / you better better baby? Wymiata.
Miłego weekendu życzę.
Dlaczego nigdy nie będziesz tak fajny jak Paris?
listopad 23, 2007
Kim jest gwiazda? Gwiazdą nazywamy kogoś, kto jest z jakiegoś konkretnego powodu jest znany szeroko pojętemu społeczeństwu. Może to być muzyk, aktorka, sportowiec, pisarz, modelka – opcji jest naprawdę wiele. Ostatnio jednak spopularyzował się nowy, genialny w swoich założeniach rodzaj celebrity – po prostu “celebrity”. Bez żadnego konkretnego powodu. Ludzie znani dlatego, że są znani. A najpopularniejszą przedstawicielką tego nurtu jest well-known wszystkim dookoła panienka Paris Hilton.
I wiecie co wam powiem? Niewielu jest tak zajebistch ludzi jak ona. Naprawdę.
Teraz nastąpi krótkie, uświadamiające “w punktach”. Czytać, zapamiętać, naśladować.
1. Jest obywatelką Stanów Zjednoczonych Ameryki. Najfajniejszego kraju świata. Fuck Yeah!
2. “Shuld I buy Dolce, or Gabbana, or both?” Ma pieniądze. Ma naprawdę dużo pieniędzy. A z pieniędzmi można wszystko. I chuj mnie obchodzi, że dostała je od papcia – każdy sposób jest ok. Z tymi pieniędzmi może robić, co tylko dusza zapragnie – a takie jest podstawowe marzenie każdego człowieka. I nie mówcie mi, że wy akurat macie inne priorytety, jakieś spełnienie życiowe, pokój na świecie, wynalezienie szczepionki na raka dupy et pierdolone cetera. Każdy tak naprawdę chciałby móc robić tylko przyjemne rzeczy. Bawić się, śpiewać, ruchać, pić drinki z palemką, żreć kawior i opalać się na plaży w Miami w towarzystwie przyjaciół. A to wszystko wymaga kasy. Sory. Bycie bogatym jest cool. Poza tym cudowna świadomość, że czegokolwiek byś nie robił – zarabiasz, jest nieoceniona. Śpisz – zarabiasz, jesz – zarabiasz, pijesz piwo – zarabiasz, uprawiasz sex – zarabiasz, bo masz dość kasy, żeby wynająć sztab ludzi, który będzie to stale robił za ciebie. Tak wygląda raj.
3. ” Maybe cuz I’m hot to death and I’m so, so, so sexy.” Jest seksowna. Zajebiście seksowna. Że sparafrazuję pewnego rapera – milion dziewczyn na świecie chciałoby być Paris Hilton, a milion facetów chciałoby być jej bielizną. W skali pukalności 0 – 10, pani Hilton ma co najmniej mocną dziewiątkę. Poza tym, wie jak to wykorzystać. Potrafi tym zarabiać i osiągać to, co chce.
4. “I’m rich, sexy, young american woman. I can do everything I want. So shut the fuck up.” Paris jest pewna siebie. Pewna siebie jak mało kto. W końcu, jeżeli ktoś porównuje się do pani Monroe i pani Spencer, musi być pewny swojej wartości. A taka pewność siebie to w życiu podstawa. Założę się, że gdyby każda laska zaraz po obudzeniu się, patrzała lustro i mówiła sobie “Cholera, ale ja jestem zajebista” życie stałoby się prostsze. Powiedzicie “pa pa” kompleksom, wyjdźcie na ulicę, pokażcie cycki i krzyknijcie, że możecie wszystko. Tak samo faceci. Tylko bez cycków proszę.
5. Paris wie od czego jest internet.
Paris się rozbiera, Paris koordynowała wyciek swojego filmu porno, Paris się nie wstydzi, Paris na tym zarabia. Damn.
6. Zrobiła jedną z lepszych płytek ubiegłego roku. I w dupie mam, że zrobiła to za ogromną ilość pieniędzy, że modyfikowano jej głos na potęgę, że był to tylko jej kaprys. Ten album jest naprawdę ok. Gdyby nie to, że w ubiegłym roku zaatakował Justin, Nelly, Timbaland i Lilly Allen, parisowe “Paris” byłoby popowym numerem jeden. I to właśnie dlatego, że Hilton ma tyle kasy. Mogła zatrudnić najlepszych producentów, wynająć najlepsze studio, nie stresować się niczym i pozwolić, żeby inni zrobili ten produkt za nią. I wyszło zajebiście. Singlowe “Jealousy” miecie, podobnie jak kilka innych kawałków z tej płyty. A ja zawsze z miejsca bardziej lubię ludzi, którzy odwalają kawał dobrej muzyki.
7. “Hey! It’s me!” Czy ktoś wie, kim jest Ingvar Kamprad? Podpowiem, że istnieje spore prawdopodobieństo, że on zarobił na waszych meblach. Albo Liliane Bettencourt? Laska, która “jest tego warta”? Li Ka-shing? Larry Page? Philip Knight? Idę o zakład, że nic wam te nazwiska nie mówią. A ci ludzie mają dużo więcej kasy niż bohaterka tego posta. Paris doprowadziła attentionwhoryzm do perfekcji. Co to za radocha, mieć tyle kasy, kiedy nikt o tym nie wie? A ona potrafiła sprawić, że wie cały świat. Skandalami, charakterem, zabawami i przyjaciółmi.
8. Mnóstwo małych zajebistych zajebistości. Ma własne perfumy, pojawiła się w South Park i grze World of Warcraft, nawet jak poszła siedzieć, to do hotelu. Czy jest ktoś, kto odmówiłby takiego życia?
Cytaty:
“Always act like you’re wearing an invisible crown, I do.”
“No matter what a woman looks like, if she’s confident, she’s sexy.”
“The way I see it, you should live every day like it’s your birthday.”
“The only rule is don’t be boring and dress cute wherever you go. Life is too short to blend in.”
Dlaczego to wszystko napisałem? Ot tak, bo powszechna opinia o Paris jaka jest, każdy wie. “Głupia, tępa, wkuwiająca suka z Ameryki.” Ale poza tym wszystkim ma klasę, zazdrośnicy.
Galanteria, farararaj.
listopad 21, 2007
Czyli dzisiaj całkiem spokojnie.
19.11.2007 winien zostać zaznaczony w kalendarzu wyjątkowym kolorem. Myślę nad złotym, ewentualnie jaskrawofioletowym. Koniecznie widocznym z daleka. 19 listopada bowiem, zpremierowała się debiutancka płyta polskiego bandu Muchy. Co mnie martwi, przeciętny Polak reaguje na tę nazwę soczystym “Eee?”, więc teraz nastąpi klasyczne “w kilku zdaniach o zespole” gwoli edukacji ludu. Chłopaki Wiraszko, Waliszewski i Maciejewski grają razem since 2004. W 2005 wydali EPkę “Galanteria”, która przez dwa lata łaziła po różnych labelach, odrzucana raz za razem. Z czasem, rozpowszechniając się za darmo w niezal środowiskach, zespół zyskał status najlepszego polskiego bandu bez kontraktu. Aż do lata 2007, kiedy ktośtam w Polskim Radiu się zachwycił, pogadał z Warner Music i po licznych perturbacjach, nieprzespanych nocach i hektolitrach wypitych RedBulli Muchy podpisały kontrakt na płytę. Praktycznie gotowy materiał został poprawiony, zmiksowany, wypalony i ostatecznie wydany. 19.11.2007. A day to remember, ladies and gentleman.
Jak wyglądała polska scena muzyczna przed tym dniem? Biednie. Mnóstwo chujowizny, mało dobrych pozycji, jeszcze mniej wybitnych. Z naprawdę wartościowych produktów przychodzi mi na myśl self-titled Cool Kids of Death, fiszowe “F3″, jednorazowy wybryk Rojka przy Lenny Valentino, “Lakes & Flames” The Car is on Fire i “Czarno Widzę” Afro Kolektywu. A, no i jeszcze niezmiennie dobre kolejne Ścianki i O.S.T.R.y. To oczywiście nie wszystko, ale tak dla ogólnego poglądu wystarczy, żeby zobaczyć, jak mało zajebistości Polska produkuje. Z tych wszystkich bandów tylko Kulkom udało się zdobyć zasłużony rozgłos, co smuci tym bardziej.
A teraz mamy debiutanckie Muchy. LP zatytułowany “Terroromans”, wydany na niebiesko, za ok. 25 PLN. Wstyd nie kupić. Mamy bowiem do czynienia z najlepszą polską płytą, jeżeli nie ever, to przynajmniej od 2001 roku (C.K.O.D. i Lenny Valentino). Ale jest coś, co Muchy mają, a czego tamte płyty nie miały. Pierdolony, radiowy potencjał. Murowany kandydat na singla – “Galanteria” jest kawałkiem tak bezpretensjonalnie przyjemnym, wpadającym w ucho, nieziemsko zanucalnym etc., że człowiek dużo straci nie znając go. Dlatego Muchy muszą wyjść do radia i MTV. Dlatego powinniśmy wszyscy wysyłać na nich smsy w Popliście, prosić w Zetce o zagranie ich kawałków, rozmawiać o nich i pompować balon. Bo mamy doskonały polski produkt, najlepszy materiał muzyczny tego kraju, prawdopodobnie również najlepszą płytę tego roku w skali Europy (A szkoda, bo to mógł być rok Bjork, Radiohead, Air i Modestów, ale niestety wszyscy nie podołali i wydali zaledwie płyty dobre, momentami bardzo dobre, lecz ciągle nie genialne. A takich się oczekiwało.).
Nie chciałbym, żeby ten zespół trafił na półeczkę z napisem “Świetni, tylko mieli pecha, że nie mieszkają w Londynie” – wystarczy, że leżą na niej Carsi, Dick4Dick i paru innych.
Więc – promujmy Muchy. Na pohybel Feelom, Comom, Rubikom i Riverside’om. Chłopaki pokazali, że w zacofanej muzycznie Polsce można stworzyć coś fenomenalnego i należy im się za to nagroda.
http://myspace.com/muchyband
A man should be two things: classy and fabulous.
listopad 9, 2007
Czyli lans jest ok, lansu nigdy za wiele. Widzicie, pewne rzeczy stają się symbolami. Swojej epoki, swojego popkolenia (mój własny neologizm określający kolejne pokolenia popkultury), swojej marki. Nie zawsze są najdroższe, zawsze są najfajniejsze. Generalnie są zajebiste. Każdy człowiek chciałby je mieć, i niech nie gada, że nie. Każdy, podświadomie uwielbia takie małe symbole, a jak na nie narzeka, to z reguły z zazdrości, bo ich nie ma. Gdyby nie te lansiarskie itemy, popkultura byłaby chujowa jak barszcz.
Każdy producent marzy o tym, żeby jego produkt stał się ikoną. Ale nie ma tak łatwo. Wymaga to odpowiedniego skilla marketingowego, odpowiedniej historii, w miarę możliwości unikania powtarzalności, prekursorstwa, pewnej wizji i odpowiedniej dozy kreatywności. Wiele rzeczy miało potencjał, żeby stać się ikonami, ale zostały zjebane w ten czy inny sposób. Dzięki temu selekcja jest naprawdę spora i w sumie (względnie) niewiele rzeczy zyskuje odpowiedni status. I dobrze, bo gdyby wszyscy mogli stworzyć ikonę, nie byłyby one wówczas ikonami, lecz jedynie seryjnie produkowanymi, fajnymi przedmiotami.
Po tym przydługim wstępie czas na kilka najzajebistszych lansiarskich itemów popkultury. Zaczniemy od ubioru.
Conversy. Niewielu producentom obuwia udało się osiągnąć taki status, jak Marquis’owi Converse’owi. Najlepiej klasyczne jednokolorowe trampki, z białą gumą. Propagowane przez kolejne gwiazdy, nigdy nie wyjdą z mody, zawsze będą tak samo zajebiste i żadne Adidasy, Reeboki i inne ich nie przegonią. Pasują do dżinsów, garnituru, krótkich spodni. Do t-shirtów, koszul, polówek, do czapek, do wszystkiego. Są ikoną. A prawdziwą ikonę łączy się tylko z kolejną ikoną.
Levi’s 501. Każdy twardy skurwiel zachodu nosił 501. Każda celebrity ma przynajmniej jedne w swojej garderobie. Każdy muzyk, projektant mody, każdy superbohater. Nie lubisz 501 – nie jesteś fajny. Sorry.
Klasyczny, prosty T-shirt. Żadnych polówek, long-sleevów, tanich koszul. Only classic t-shirt. Z jakimś fajnym nadrukiem. Może być jakaś z ikon telewizji – pani Monroe, albo pan Warhol. Albo “I like Ike”. Marlon Brando takie nosił.
Do tego aviatory od Ray-Bana. Michael Jackson i Lou Reed je nosili. Że o setkach zajebistych amerykańskich marines nie wspomnę. Aviatory to podstawa, klasyczne, bez żadnych udziwnień. I absolutnie nie wyprodukowane przez żadną z tych dziwnych, modnych firm w stylu Diverse. Klasyka only.
Ok, wygląd mamy za sobą. Teraz gadżety.
iPod. Najbardziej rozpoznawalny przenośny odtwarzacz świata. Zdetronizował oryginalnego Walkmana od Sony, zdetronizuje wszystko. Biały albo czarny. Pomijam tak oczywiste sprawy, jak genialna jakość dźwięku i trwałość. To jest lans w najczystszej, snobistycznej postaci. Kochamy to.
Zippo. Po raz kolejny wracamy na dziki zachód i hollywoodzkie superprodukcje. George Blaisdell się nie pomylił. Kto by pomyślał, że można wylansować zapalniczkę? Tylko on. +10 do lansu, obowiązkowo klasyczna srebrna.
Ford Mustang – podjechać po dziewczynę klasycznym, bondowskim autem – bezcenne. Sean Connery miał klasę.
Lucky Strike – Ponownie Ameryka, nic nie poradzę, że to stolica popkultury. Marines je palili, żadnej większej rekomendacji nie potrzeba. Dopuszczalne są jeszcze Marlboro Red, ale tylko, jeżeli jarają nas amerykańscy chłopcy od krów.
Pulp Fiction – klasyka kina. Każdy powinien mieć kilka sztuk DVD, znać najważniejsze dialogi na pamięć i jadać w Jack Rabbit Slims
Gibson Les Paul – gitara-kult. Nie masz Les Paula, jesteś nikim w świecie gitarzystów.
Route 66 – każdy prawdziwy facet powinien przejechać się tą drogą przynajmniej raz w życiu. Obowiązkowo Fordem Mustangiem. Ewentualnie Cadillakiem. Inne samochody są niedopuszczalne.
Dolary – posiadać kilka dolarów w swoim portfelu – bezcenne. Must-have.
Samurajska katana – lans sam w sobie. Japonia jest najpopularniejszym obecnie krajem popkultury, każdy powinien mieć coś związanego z tą małą, nic nie znaczącą wysepką pomiędzy Kanadą, a Rosją.
Food and Drinks.
Coca-Cola – klasyka, Warhol, smak, orzeźwienie. No i śpiewali o niej Modeści. Czego chcieć więcej?
Miller – Nie można schodzić poniżej pewnego poziomu. Jeżeli jesteś kibicem, dopuszcza się jeszcze Carlsberga i Heinekena. Żadne kosmiczne piwa z wysepkowego (tudzież germańskiego) zapiździejewa nie wchodzą w grę. Co to za lans pić piwo, którego nikt nie zna? Ikona jest ikoną dlatego, że wszyscy o niej słyszeli.
RedBull – klasyka porannego wstawania, piją ją amerykańscy tirowcy. A wiadomo, co robią amerykańscy tirowcy z tymi, którzy uważają ich za idiotów. Pić!
Nachos – najlepszy wynalazek gringos, zaraz obok tequili.
BigMac – jedyne lansiarski żarcie w Makach. Kilkufuntowy lans dla najlepszych.
No, teraz możecie zacząć kolekcjonować lansiarski stuff. Pamiętajcie – lansu nigdy za wiele. Pewnie o czymś zapomniałem, ale generalne pojęcie o tym, co jest zajebiste już macie. Jak sobie o czymś przypomnę, to dopiszę. Bawcie się dobrze.