Jestem facetem. Cz. 1.
styczeń 3, 2008
A facet jaki jest, każdy widzi. Każdy, tylko nie kobiety. I to jest problem. Dzisiaj W Łóżku Z Licealistką przedstawia krótkie FAQ – czyli listę najgłupszych pytań jakie może zadać kobieta odnośnie mężczyzn, oczywiście razem z wyczerpującymi odpowiedziami. Zapraszam do lektury.
Ania, 25: Mam podejrzenia, że mój chłopak interesuje się pornografią! Sprawdziłam jego pocztę i był tam list internetowy o tytule “The House of Best Looking Innocent Teens Sign Up”! Bałam się o nawet otworzyć! Poza tym w koszu na śmieci znalazłam rachunek z wypożyczalni wideo, gdzie był nabity film “Pensjonariuszki Sanatorium Rozpusty 3: Zabiegi Na Basenie”! Nie wiem co o tym myśleć. Czy moje podejrzenia są słuszne? A jeżeli tak, to jaka może być przyczyna takiego stanu rzeczy? Czy nie zadowalam mojego mężczyzny? Czy mu nie wystarczam? Czy chce mnie zdradzić? Czy powinnam czuć się zazdrosna? Czy muszę zapisać go na jakieś leczenie? Przecież to byłoby zboczone! Proszę, W Łóżku Z Licealistką, pomóż mi, bo nie wiem co robić!
Droga Aniu. Twoje podejrzenia są słuszne. Twój facet interesuje się pornografią. A wiesz dlaczego? Nie dlatego, że jesteś chujowa (a jesteś, bo trzeba być chujową laską, żeby sprawdzać facetowi maila i przeszukiwać kosze na śmieci). Dlatego, że jest facetem. Każdy facet ogląda rozbierane zdjęcia. Każdy facet odwiedza YouPorn, RedTube czy MegaErotic. Każdy facet bywa na imageboardach, każdy facet jak był mały, to kradł ojcu kasety wideo z Emmanuelle, każdy facet miał przynajmniej 50 snów z Japonkami w roli głównej w życiu. Tacy po prostu jesteśmy. I to, że będąc z dziewczyną nie zaprzestajemy tych procederów, to wcale nie znaczy, że taka dziewczyna nam nie wystarcza i chcemy ją zdradzić. To jest naturalna sprawa, tak jak dla ciebie okres. Ty sobie krwawisz co miesiąc, a facet ogląda cycki w internecie. Naturalna kolej rzeczy. Zazdrość w tej kwestii byłaby porównywalna z zazdrością faceta o to, że zdradzasz go z tamponami, wkładając je sobie między nogi. Absurd, czyż nie? Dlatego musisz to po prostu zrozumieć i zaakceptować. Pozdrawiam i życzę powodzenia.
Sylwia, 18: Kochane W Łóżku Z Licealistką, musisz mi pomóc! Nie wiem co robić. Mój chłopak jest cudowny i wspaniały, poświęca mi dużo uwagi, ale tylko do momentu, kiedy załączy telewizor. Przecież jakiś mecz ligi angielskiej nie jest ważniejszy niż ja! Albo film, w którym się tylko biją i strzelają! Dostaję szału! Irytuje mnie to do tego stopnia, że jeżeli sytuacja się nie zmieni, chyba z nim zerwę! Poradź mi, co zrobić!
Droga Sylwiu. Jesteś idiotką. Zapamiętaj sobie: NIGDY, PRZENIGDY nie przeszkadzaj swojemu facetowi, kiedy ogląda mecz, albo film Quentina Tarantino. To ZAWSZE skończy się kłótnią. Mężczyzna nie ma na tyle podzielnej uwagi, żeby zajmować się jednocześnie tobą i telewizorem, a zajebistość ligi angielskiej i filmów o gangsterach, japońskich wojownikach i twardych skurwielach jest tak wielka, że męska podświadomość każe mu wybrać tę opcję. Nie da się tego przeskoczyć, facet po prostu musi mieć w życiu pod dostatkiem piłki nożnej i dobrych filmów, podobnie jak jedzenia i seksu. Niedobór tych rzeczy może doprowadzić do poważnych i nieodwracalnych zmian w mózgu twojego mężczyzny – a nie chciałabyś przecież, żeby zaczął się malować i nosić tipsy, prawda? Nie możesz mu więc przeszkadzać – przeciwnie, powinnaś – gwoli umacniania waszego związku – starać się go zrozumieć i współuczestniczyć w tych rytuałach, tylko, BROŃ BOŻE, nie komentując. To zawsze jest zły pomysł. Jeżeli jednak pomimo wszystko chcesz z nim zerwać – zrób to. Nie jesteś go warta. Pozdrawiam.
Asia, 24: Mój chłopak ciągle ogląda się za innymi dziewczynami na ulicy! Jestem strasznie zazdrosna i zawsze na niego potem krzyczę. Jestem atrakcyjna i powinnam mu wystarczyć! Jak go z tego wyleczyć?
Droga Asiu. Twój chłopak jest nieuleczalnie chory – na bycie mężczyzną. Polecam lekturę odpowiedzi na list Ani – problem ma takie same podstawy. Każdy mężczyzna widząc na ulicy atrakcyjną kobietę spojrzy na jej cycki czy tyłek. To jest wpisane w naszą naturę. Powiem więcej – twój facet nie tylko na nią spogląda, ale też ją ocenia, z reguły w skali 1-10. Jest to tzw. poziom zruchalności. Tak po prostu robimy, tak jesteśmy stworzeni. Jednocześnie to, że jakaś dziewczyna na ulicy otrzyma dziewiątkę, czy nawet dziesiątkę nie oznacza, że twój chłopak momentalnie cię zostawi i pobiegnie ją podrywać. Nie. On ją po prostu ocenił. Odruchowo, bezmyślnie, nie skupiając się nawet na tym, zawieszając tylko na moment wzrok. I koniec. Nie ma sensu z tym walczyć, bo i tak się nie wygra. Pozdrawiam.
Ewa, 19: Mam problem z moim facetem. Bardzo chciałabym, żeby ogolił sobie pachy, tors, okolice krocza i nogi – myśl o owłosieniu w tych miejscach napawa mnie obrzydzeniem. Jak go o to poprosić?
Droga Ewo, jesteś lesbijką. Przykro mi. Pozdrawiam, W Łóżku Z Licealistką.
Tyle na dzisiaj, następne pytania i odpowiedzi wkrótce. Jeżeli jednak coś was strasznie trapi i potrzebujecie natychmiastowej odpowiedzi, możecie przysyłać je na adres: Komentarze Pod Notką.
Szczęśliwego Nowego Roku!
Użalamy się nad sobą.
listopad 29, 2007
Takoż narzekamy, zamartwiamy, płaczemy po kątach, płaczemy w mankiet innym, wieszamy się na skakankach et cetera. Różnie, a to kogoś dziewczyna rzuciła, a to z kogoś w szkole nie lubią, a to ktoś pracę stracił, a to ktoś myśli o cyckach koleżanki, ale wie, że ma pryszcze i jest brzydki, ergo no fuckin’ way – powodów jest od groma. I mnie się to zdarza, i wam, i tobie, i jemu, i tej lasce z fajnymi cyckami też. Pytanie – po kiego chuja?
Czy ktokolwieki kiedykolwiek rozwiązał jakikolwiek problem użalając się? Nie. Czy mówiąc sobie “sytuacja jest beznadziejna” poprawiamy tę sytuację? Nie. Czy rycząc w poduszkę zmieniamy świat? Nie. Czy dając sobie emoopis na gadu gadu cokolwiek zdziałamy? Nie. Czy zapijając codziennie wieczorem smutki sprawimy, że po wytrzeźwieniu kłopoty znikną? Nie. Czy płacząc za koleżanką o aparycji Kiki Klement przyciągniemy tę koleżankę do siebie? Po trzykroć pierdolone NIE.
Użalanie się nad sobą jest jedną z najgłupszych skłonności ludzkich. Siedzi taki on sam jak palec, zamknięty w swoim świecie pełnym “cierpienia”, “bólu” i “uczuć”, drze ryja na innych, że “nigdy go nie zrozumieją”, słuchaja My Chemical Romance i Evanescence na słuchawkach i daje sobie opis w stylu “Moje życie jest perfekcyjnym cmentarzem upadłych nadziei” (koniecznie z jakimś błędem ortograficznym). I potem ma pretensje, że normalni ludzie się z niego napierdalają. Bo to jest śmieszne. You are doing it wrong, jak mówi jedno z klasycznych internetowych powiedzonek. To nigdy nikomu nic nie dało.
Żeby była jasność: nie krytykuję zachowania jako takiego. Każdy ma czasem taki odruch, że musi sobie pomyśleć, pomartwić się trochę etc. To jest akceptowalne, ale sporadycznie, w konkretnych sytuacjach. A nie, że ktoś kurwa przyjmuje sobie taki sposób na życie. Bo to już jest pojebane. Za każdym razem, kiedy widzę taką osobę śmieję się naprawdę głośno. Bo tu nie ma innego sposobu.
“Życie jest trudne, życie jest niesieniem krzyża, życie jest bólem.” Gówno prawda, tyle powiem. Życie to kosmiczna sprawa. Życie jest fajne, miłe i przyjemne. Bez życia nie zeżarlibyśmy pizzy, nie zapalili fajka, nie wypili piwa, nie zmacali starszej koleżanki w podstawówce, nie dowiedzielibyśmy się, kim jest John Constantine, nie obejrzeli Pulp Fiction, nie posłuchali Kid A, nie, zrobilibyśmy tego, nie zrobilibyśmy tamtego. Życie jest zajebiste, koniec, kropka.
Ktokolwiek, kto myśli inaczej – jest idiotą. Fakt, w życiu pojawiają się trudniejsze momenty – ale właśnie – MOMENTY. Jeżeli taki moment ma miejsce, należy wziąć się w garść jak najszybciej, ruszyć dupę i coś z tym zrobić. Siedząc i płacząc gówno się zdziała. Wyrzucili cię z pracy – weź odprawę, nasraj szefowi na biurko i znajdź nową. Nie masz szans u koleżanki – zrób sobie operację plastyczną. Śmieją się z ciebie znajomi – zastanów się, kurwa, dlaczego. Zrób coś. Nie siedź, nie spierdalaj w świat książek, słabej muzyki, wyobraźni i własnego pokoju. To nie jest metoda. Nie jest, nigdy nie była i nigdy nie będzie. To jest przede wszystkim debilizm.
Na osobny akapit zasługują samobójcy, zarówno ci ze statusem “done”, jak i ci z “thinking about it”. Jeżeli myślisz o śmierci z takiego, czy innego powodu – przestań myśleć. Nie, nikt nie uzna tego za akt bohaterstwa, nikt tego nie doceni i nikt po twojej śmierci nie pomyśli “Cholera, mogłem wcześniej dostrzec, że coś jest nie tak.” Nikomu nie zrobi się przykro, bo skoro się zabiłeś, to była tylko i wyłącznie twoja wina. Znam takiego, co był blisko, a miał w życiu naprawdę nieciekawą sytuację. Ale zmądrzał. Nie zrobił tego. I m.in. dlatego jest fajny. Nie jest chujowy, jak Ania, która powiesiła się, bo w szkole jej nie lubili. Ciekawe, kurwa, czemu jej nie lubili. Może dlatego, że miała tak beznadziejny charakter i psychikę, że była w stanie się zabić. Może dlatego, że była kretynką. Może była brzydka, i została ostatnią dziewicą w klasie, co zawsze jest jakimś tematem do żartów w gimnazjalnym środowisku. Nie obchodzi mnie to – Ania była chujowa, bo się zabiła.
Jeżeli masz wyimaginowaną depresję, nikt cię nie lubi, ludzie się z ciebie śmieją – zmień coś. Znajdź przyczynę. I nie, przyczynami nie są: “świat jest niesprawiedliwy” czy “życie jest chujowe”. Przyczyną zawsze jesteś ty sam. Umyj się, zmień fryzurę, wyrzuć koszulki z zespołami, wyciśnij pryszcze, ogól cipę, przytyj, schudnij, zmień zainteresowania, popracuj nad osobowością, naucz się nowych dowcipów, zrób cokolwiek. Jeżeli masz problemy – rozwiąż je, albo olej. A jeżeli nic nie wymyślisz, bądź też ciągle będziesz uważał, że nie jesteś w stanie sobie z “wszystkim” poradzić – to zabij się, nie ma dla ciebie ratunku. Świat będzie potem weselszym miejscem.
Dlaczego nigdy nie będziesz tak fajny jak Paris?
listopad 23, 2007
Kim jest gwiazda? Gwiazdą nazywamy kogoś, kto jest z jakiegoś konkretnego powodu jest znany szeroko pojętemu społeczeństwu. Może to być muzyk, aktorka, sportowiec, pisarz, modelka – opcji jest naprawdę wiele. Ostatnio jednak spopularyzował się nowy, genialny w swoich założeniach rodzaj celebrity – po prostu “celebrity”. Bez żadnego konkretnego powodu. Ludzie znani dlatego, że są znani. A najpopularniejszą przedstawicielką tego nurtu jest well-known wszystkim dookoła panienka Paris Hilton.
I wiecie co wam powiem? Niewielu jest tak zajebistch ludzi jak ona. Naprawdę.
Teraz nastąpi krótkie, uświadamiające “w punktach”. Czytać, zapamiętać, naśladować.
1. Jest obywatelką Stanów Zjednoczonych Ameryki. Najfajniejszego kraju świata. Fuck Yeah!
2. “Shuld I buy Dolce, or Gabbana, or both?” Ma pieniądze. Ma naprawdę dużo pieniędzy. A z pieniędzmi można wszystko. I chuj mnie obchodzi, że dostała je od papcia – każdy sposób jest ok. Z tymi pieniędzmi może robić, co tylko dusza zapragnie – a takie jest podstawowe marzenie każdego człowieka. I nie mówcie mi, że wy akurat macie inne priorytety, jakieś spełnienie życiowe, pokój na świecie, wynalezienie szczepionki na raka dupy et pierdolone cetera. Każdy tak naprawdę chciałby móc robić tylko przyjemne rzeczy. Bawić się, śpiewać, ruchać, pić drinki z palemką, żreć kawior i opalać się na plaży w Miami w towarzystwie przyjaciół. A to wszystko wymaga kasy. Sory. Bycie bogatym jest cool. Poza tym cudowna świadomość, że czegokolwiek byś nie robił – zarabiasz, jest nieoceniona. Śpisz – zarabiasz, jesz – zarabiasz, pijesz piwo – zarabiasz, uprawiasz sex – zarabiasz, bo masz dość kasy, żeby wynająć sztab ludzi, który będzie to stale robił za ciebie. Tak wygląda raj.
3. ” Maybe cuz I’m hot to death and I’m so, so, so sexy.” Jest seksowna. Zajebiście seksowna. Że sparafrazuję pewnego rapera – milion dziewczyn na świecie chciałoby być Paris Hilton, a milion facetów chciałoby być jej bielizną. W skali pukalności 0 – 10, pani Hilton ma co najmniej mocną dziewiątkę. Poza tym, wie jak to wykorzystać. Potrafi tym zarabiać i osiągać to, co chce.
4. “I’m rich, sexy, young american woman. I can do everything I want. So shut the fuck up.” Paris jest pewna siebie. Pewna siebie jak mało kto. W końcu, jeżeli ktoś porównuje się do pani Monroe i pani Spencer, musi być pewny swojej wartości. A taka pewność siebie to w życiu podstawa. Założę się, że gdyby każda laska zaraz po obudzeniu się, patrzała lustro i mówiła sobie “Cholera, ale ja jestem zajebista” życie stałoby się prostsze. Powiedzicie “pa pa” kompleksom, wyjdźcie na ulicę, pokażcie cycki i krzyknijcie, że możecie wszystko. Tak samo faceci. Tylko bez cycków proszę.
5. Paris wie od czego jest internet.
Paris się rozbiera, Paris koordynowała wyciek swojego filmu porno, Paris się nie wstydzi, Paris na tym zarabia. Damn.
6. Zrobiła jedną z lepszych płytek ubiegłego roku. I w dupie mam, że zrobiła to za ogromną ilość pieniędzy, że modyfikowano jej głos na potęgę, że był to tylko jej kaprys. Ten album jest naprawdę ok. Gdyby nie to, że w ubiegłym roku zaatakował Justin, Nelly, Timbaland i Lilly Allen, parisowe “Paris” byłoby popowym numerem jeden. I to właśnie dlatego, że Hilton ma tyle kasy. Mogła zatrudnić najlepszych producentów, wynająć najlepsze studio, nie stresować się niczym i pozwolić, żeby inni zrobili ten produkt za nią. I wyszło zajebiście. Singlowe “Jealousy” miecie, podobnie jak kilka innych kawałków z tej płyty. A ja zawsze z miejsca bardziej lubię ludzi, którzy odwalają kawał dobrej muzyki.
7. “Hey! It’s me!” Czy ktoś wie, kim jest Ingvar Kamprad? Podpowiem, że istnieje spore prawdopodobieństo, że on zarobił na waszych meblach. Albo Liliane Bettencourt? Laska, która “jest tego warta”? Li Ka-shing? Larry Page? Philip Knight? Idę o zakład, że nic wam te nazwiska nie mówią. A ci ludzie mają dużo więcej kasy niż bohaterka tego posta. Paris doprowadziła attentionwhoryzm do perfekcji. Co to za radocha, mieć tyle kasy, kiedy nikt o tym nie wie? A ona potrafiła sprawić, że wie cały świat. Skandalami, charakterem, zabawami i przyjaciółmi.
8. Mnóstwo małych zajebistych zajebistości. Ma własne perfumy, pojawiła się w South Park i grze World of Warcraft, nawet jak poszła siedzieć, to do hotelu. Czy jest ktoś, kto odmówiłby takiego życia?
Cytaty:
“Always act like you’re wearing an invisible crown, I do.”
“No matter what a woman looks like, if she’s confident, she’s sexy.”
“The way I see it, you should live every day like it’s your birthday.”
“The only rule is don’t be boring and dress cute wherever you go. Life is too short to blend in.”
Dlaczego to wszystko napisałem? Ot tak, bo powszechna opinia o Paris jaka jest, każdy wie. “Głupia, tępa, wkuwiająca suka z Ameryki.” Ale poza tym wszystkim ma klasę, zazdrośnicy.
Fantasy, czyli…
listopad 19, 2007
… czyli sorry, ale z wszystkiego się wyrasta. Stylistyka fantasty jest jednym z najpopularniejszych tematów książek, filmów, gier etc. Gimnazjaliści wracają ze szkoły, zrzucają kamasze, płaszcze, zdejmują rynsztunek, posilają się szybko w pobliskiej gospodzie, którą nie wiadomo czemu wszyscy nazywają kuchnią, idą do swojego legowiska i zasiadają na miękko wyścielonym łożu. And the show begins. Zaczytywanie się durnymi Tolkienami, Sapkowskimi, Jordanami czy innymi Dżordżami Martinami. Słuchanie Nightwisha i Manowara. Malowanie figurek do Warhammera, notoryczne odświeżanie stron dla fanatyków “gatunku”, oglądanie trylogii Jacksona, Ostatniego Smoka i powtorek Xeny. Ale to wszystko jest kurwa nudne.
Ja jebię, wszystkie te durne książki wyglądają tak samo. Elfy biegają z łukami, skaczą jak małpy po drzewach i śpiewają wesołe piosenki o lasach. Krasnoludy rżną swoje brodate koleżanki, każdego przeciwnika rozwalają toporem i jak najgorsze brudasy popierdalają w kopalniach w poszukiwaniu kawałka czegoś błyszczącego. Ludzie to cioty, siedzą pomiędzy jednymi i drugimi, wszyscy mają ich w dupie, więc knują i spiskują przeciwko całemu światu. Czarodzieje są mądrzy i wiedzą wszystko, narodzili się z magii, mają chorobę sierocą, biegają w kieckach i machają laskami. Smoki są złe, zjadają dziewice, zbierają skarby i siedzą w jaskini, czekając, aż przyjdzie pan kurwa błyszczący rycerz i je zapierdoli. Orki są głupie, ale mają skilla w walce, ogólnie robią za mięso armatnie “tego złego”, ale zawsze znajdzie jakiś ork-mastah, który napsuje krwi głównemu bohaterowi. Niemal każda jedna książka fantasy jest nieziemsko nudna, wtórna, beznadziejna i głupia. Tak samo filmy. Tak samo gry. O słuchaniu Nightwisha nie wspomnę, bo takich ludzi powinno się z miejsca rozstrzelać za skandaliczne zaniżanie społecznego wyczucia estetyki. Ile, pytam, ile można?
OK, rozumiem, wszyscy byliśmy dziećmi. Ja też gówniarzem będąc uwielbiałem Tolkiena i resztę tego stuffu. Ale z tego się do cholery wyrasta. Dlatego sformułujmy prawdę numer jeden: jeżeli masz więcej niż szesnaście lat i fascynujesz się fantasy – nie jesteś fajny. Nie jesteś, i pewnie długo nie będziesz, bo wygrzebanie się z tego bagienka zajmuje trochę czasu. Jak widzę dorosłych ludzi przebierających się na konwentach za orków, rycerzy czy inne dziwactwa, to mam pewne mimowolne odruchy. Od wymiotnych, przez tiki nerwowe, aż do przypadkowego pociągnięcia za spust. Nie można tak przecież. Dorośli ludzie są dorośli dlatego, że są dorośli. Nie dlatego, że mogą kupić fajki i piwo w sklepie. To potrafi średnio rozgarnięty trzynastolatek. Dlatego, że (w założeniu) dojrzeli już do pewnych spraw, pewne wstydliwe sprawy dzieciństwa zostawili za sobą. Nie walą w ukryciu konia, nie podniecają się tym, że można kupić flaszkę i się najebać, nie strzelają koleżankom gumkami od staników i do jasnej cholery, nie chodzą w zbrojach. Nie ratują w myślach królestw, nie walczą ze smokami i nie myślą, jak to fajnie byłoby żyć w jakimś magicznym świecie, gdzie faceci sie nie myją, laski nie golą nóg i wszyscy razem żrą brudnymi łapami z jednej miski.
To wszystko jest po prostu głupie. Smoków nie było, nie ma i nie będzie. Rycerze popierdalają w khaki-moro w Iraku i strzelają do cywili. Królowie wymarli, albo jeżdżą limuzynami i chodzą w garniturach. Wymarzone księżniczki zamknięte w najwyższej komnacie w najwyższej wieży okazują się być laskami, które nie postawiły się rodzicom i dają się trzymać pod kloszem, ergo muszą być nieziemskimi ciotami. Krasnoludy okazują się być ludźmi chorymi na karłowatość, a wesołe i radosne elfy organizują parady równości. To jest prawdziwy świat. There’s no fuckin’ magic.
Więc, moi kochani, odrzućcie miecz, zdejmijcie hełm, zostawcie Śródziemie w spokoju. Będzie już tej gównażerii.
Jesteś dziwką.
listopad 14, 2007
Dziwka. Ile razy nazwałeś tak kogoś w swoim życiu? Sądzę, że ciężko byłoby ci zliczyć. Za cokolwiek – za to, że się puszcza, że się sprzedaje, że łamie swoje ideały, że liże komuś dupsko, whatever. Proste, nieskomplikowane, łatwe do wypowiedzenia przy wadzie wymowy i pełnych ustach, wartościujące, podbudowujące ego, dosadne – w sumie one of my fav words.
Używamy go często, i zawsze dziwką jest ktoś inny. Nigdy my – przynajmniej tak nam się wydaje. A chuj. Jesteś dziwką, mój drogi/moja droga.
Ludzie dla pieniędzy zrobią wszystko. Uwierzcie mi, nie ma człowieka, którego nie można kupić. Wystarczy to odpowiednio zrobić. Jeżeli ktoś jest mistrzem retoryki, to kupi cię za mniej, jeżeli ktoś z charyzmatycznym przemawianiem ma chroniczne problemy – będzie musiał zapłacić więcej. Wszyscy jesteśmy na sprzedaż, taka prawda.
Dziewczyno, pójdziesz do łóżka z facetem, który ci się nie podoba? Wątpię. Zwyczajnie dlatego, że ci się nie podoba. Jebnięta idealistka doda jeszcze, że “nie, bo ja go nie kocham.”, ale to osobny przypadek, który szybko rozjebie się na falochronie życia. A jeżeli ci zapłaci? Pewnie obruszysz się, że nie jesteś na sprzedaż, że masz poziom, że się szanujesz. Co jednak, jeżeli postawi przed tobą równy milion dolarów w gotówce? Są ludzie, których na to stać, więc sytuacja nie jest do końca abstrakcyjna. Zaczną się wahania. “To tylko jedna noc.” “Milion dolarów za jedną noc.” “Ludzie robią dużo gorsze rzeczy za taką ilość pieniędzy, a ten facet chce tylko seksu.” Suma summarum – pójdziesz na to. Uwierz mi, pójdziesz. Ja pierdolę, wiecie ile to jest milion dolarów? Po jednej takiej nocy jest się ustawionym na baaardzo długo.
A wy, idealiści? Ile trzeba wam zapłacić, żebyście zmienili poglądy? Żebyście napisali artykuł popierający ludzi, których tak naprawdę nie popieracie? Żebyście popierali zachowania sprzeczne z waszymi marzeniami o świecie doskonałym? Myślę, że, jak wyżej ten legendarny, klasyczny milion dolarów w zupełności by wystarczył. Za wszystko, i to z nawiązką. Przecież to tylko jeden artykuł, jedna wypowiedź. I taka kasa.
Zresztą, przekupywać można nie tylko pieniędzmi. Człowiek kieruje się różnorakimi pobudkami, instynktami, potrzebami. Narkomana wystarczy potrzymać trochę na głodzie, a za gram heroiny zrobi wszystko. Osoba potrzebująca jakiegoś ważnego dokumentu (przyjmujemy, że to sprawa życia i śmierci) też zrobi za niego bardzo dużo. Facet za noc z wymarzoną seksbombą zaprzeda duszę diabłu, a dziewczyna za tydzień na Hawajach z Bradem Pittem puści się z wszystkimi jego stylistami. Sprostytuować się można na miliard sposobów.
Kwestią jest to, czy sprzedasz się z klasą, czy nie. Można być zwykłą dziwką ruchajką, która zbiera drobne sumy pieniędzy za pełen pakiet usług, a można być dziwką wyższych sfer, która zarobi na sobie tyle, że nie będzie musiała tego powtarzać. To jednak wymaga odpowiednich atrybutów, obycia, sprytu, pewności siebie i tak dalej. A nie każdy po mamusi takie skille odziedziczył.
Wniosek: następnym razem zastanówcie się trzy razy, zanim z pogardą krzykniecie: “Prostytutka! No stos z nią, w imię moralności!” Nie ważne, czy będzie to polityk, dziennikarz, koleżanka czy celebrity. Jutro możecie robić to samo.
Teraz morały i pouczenia, całkiem za darmo:
Morał 1: Każdy może cię kupić, więc uważaj, komu się sprzedajesz.
Morał 2: Pamiętaj, że kiedyś też może będziesz mógł kupić, a nie być kupiony. Więc nie neguj kwestii powszechnej prostytucji. It’s fuckin useful.
Morał 3: Noś prezerwatywy. Zawsze.
Bye, bitchez.
A man should be two things: classy and fabulous.
listopad 9, 2007
Czyli lans jest ok, lansu nigdy za wiele. Widzicie, pewne rzeczy stają się symbolami. Swojej epoki, swojego popkolenia (mój własny neologizm określający kolejne pokolenia popkultury), swojej marki. Nie zawsze są najdroższe, zawsze są najfajniejsze. Generalnie są zajebiste. Każdy człowiek chciałby je mieć, i niech nie gada, że nie. Każdy, podświadomie uwielbia takie małe symbole, a jak na nie narzeka, to z reguły z zazdrości, bo ich nie ma. Gdyby nie te lansiarskie itemy, popkultura byłaby chujowa jak barszcz.
Każdy producent marzy o tym, żeby jego produkt stał się ikoną. Ale nie ma tak łatwo. Wymaga to odpowiedniego skilla marketingowego, odpowiedniej historii, w miarę możliwości unikania powtarzalności, prekursorstwa, pewnej wizji i odpowiedniej dozy kreatywności. Wiele rzeczy miało potencjał, żeby stać się ikonami, ale zostały zjebane w ten czy inny sposób. Dzięki temu selekcja jest naprawdę spora i w sumie (względnie) niewiele rzeczy zyskuje odpowiedni status. I dobrze, bo gdyby wszyscy mogli stworzyć ikonę, nie byłyby one wówczas ikonami, lecz jedynie seryjnie produkowanymi, fajnymi przedmiotami.
Po tym przydługim wstępie czas na kilka najzajebistszych lansiarskich itemów popkultury. Zaczniemy od ubioru.
Conversy. Niewielu producentom obuwia udało się osiągnąć taki status, jak Marquis’owi Converse’owi. Najlepiej klasyczne jednokolorowe trampki, z białą gumą. Propagowane przez kolejne gwiazdy, nigdy nie wyjdą z mody, zawsze będą tak samo zajebiste i żadne Adidasy, Reeboki i inne ich nie przegonią. Pasują do dżinsów, garnituru, krótkich spodni. Do t-shirtów, koszul, polówek, do czapek, do wszystkiego. Są ikoną. A prawdziwą ikonę łączy się tylko z kolejną ikoną.
Levi’s 501. Każdy twardy skurwiel zachodu nosił 501. Każda celebrity ma przynajmniej jedne w swojej garderobie. Każdy muzyk, projektant mody, każdy superbohater. Nie lubisz 501 – nie jesteś fajny. Sorry.
Klasyczny, prosty T-shirt. Żadnych polówek, long-sleevów, tanich koszul. Only classic t-shirt. Z jakimś fajnym nadrukiem. Może być jakaś z ikon telewizji – pani Monroe, albo pan Warhol. Albo “I like Ike”. Marlon Brando takie nosił.
Do tego aviatory od Ray-Bana. Michael Jackson i Lou Reed je nosili. Że o setkach zajebistych amerykańskich marines nie wspomnę. Aviatory to podstawa, klasyczne, bez żadnych udziwnień. I absolutnie nie wyprodukowane przez żadną z tych dziwnych, modnych firm w stylu Diverse. Klasyka only.
Ok, wygląd mamy za sobą. Teraz gadżety.
iPod. Najbardziej rozpoznawalny przenośny odtwarzacz świata. Zdetronizował oryginalnego Walkmana od Sony, zdetronizuje wszystko. Biały albo czarny. Pomijam tak oczywiste sprawy, jak genialna jakość dźwięku i trwałość. To jest lans w najczystszej, snobistycznej postaci. Kochamy to.
Zippo. Po raz kolejny wracamy na dziki zachód i hollywoodzkie superprodukcje. George Blaisdell się nie pomylił. Kto by pomyślał, że można wylansować zapalniczkę? Tylko on. +10 do lansu, obowiązkowo klasyczna srebrna.
Ford Mustang – podjechać po dziewczynę klasycznym, bondowskim autem – bezcenne. Sean Connery miał klasę.
Lucky Strike – Ponownie Ameryka, nic nie poradzę, że to stolica popkultury. Marines je palili, żadnej większej rekomendacji nie potrzeba. Dopuszczalne są jeszcze Marlboro Red, ale tylko, jeżeli jarają nas amerykańscy chłopcy od krów.
Pulp Fiction – klasyka kina. Każdy powinien mieć kilka sztuk DVD, znać najważniejsze dialogi na pamięć i jadać w Jack Rabbit Slims
Gibson Les Paul – gitara-kult. Nie masz Les Paula, jesteś nikim w świecie gitarzystów.
Route 66 – każdy prawdziwy facet powinien przejechać się tą drogą przynajmniej raz w życiu. Obowiązkowo Fordem Mustangiem. Ewentualnie Cadillakiem. Inne samochody są niedopuszczalne.
Dolary – posiadać kilka dolarów w swoim portfelu – bezcenne. Must-have.
Samurajska katana – lans sam w sobie. Japonia jest najpopularniejszym obecnie krajem popkultury, każdy powinien mieć coś związanego z tą małą, nic nie znaczącą wysepką pomiędzy Kanadą, a Rosją.
Food and Drinks.
Coca-Cola – klasyka, Warhol, smak, orzeźwienie. No i śpiewali o niej Modeści. Czego chcieć więcej?
Miller – Nie można schodzić poniżej pewnego poziomu. Jeżeli jesteś kibicem, dopuszcza się jeszcze Carlsberga i Heinekena. Żadne kosmiczne piwa z wysepkowego (tudzież germańskiego) zapiździejewa nie wchodzą w grę. Co to za lans pić piwo, którego nikt nie zna? Ikona jest ikoną dlatego, że wszyscy o niej słyszeli.
RedBull – klasyka porannego wstawania, piją ją amerykańscy tirowcy. A wiadomo, co robią amerykańscy tirowcy z tymi, którzy uważają ich za idiotów. Pić!
Nachos – najlepszy wynalazek gringos, zaraz obok tequili.
BigMac – jedyne lansiarski żarcie w Makach. Kilkufuntowy lans dla najlepszych.
No, teraz możecie zacząć kolekcjonować lansiarski stuff. Pamiętajcie – lansu nigdy za wiele. Pewnie o czymś zapomniałem, ale generalne pojęcie o tym, co jest zajebiste już macie. Jak sobie o czymś przypomnę, to dopiszę. Bawcie się dobrze.
Dlaczego, buntowniku, jesteś taki chujowy?
listopad 7, 2007
“Wierzę w bunt jako najwyższą wartość młodości, (…), wierzę również w to, że nie ma buntu bez celu.” Ja rozumiem, że pan Hłasko żył w nieco innych czasach, kiedy termin “bunt” miał nieco inne, bo patriotyczno-martyrologiczne znaczenie, ale powyższe zdanie jest idealnym dowodem na to, że każdy ma prawo publicznie pierdolić głupoty.
Dzisiejszy świat jest pełen buntowników. Buntują się przeciw wszystkiemu, co ich otacza. Buntują się przeciwko rasizmowi, buntują się przeciwko komercji, buntują się przeciwko niesprawiedliwości, buntują się przeciwko władzy, buntują się przeciwko Stanom Zjednoczonym, buntują się przeciwko wojnom, buntują się przeciwko McDonald’sowi, buntują się przeciwko rodzicom, buntują się przeciwko szkole, buntują się… wymieniać można bez końca. No to proszę, buntownicy, spójrzcie teraz na siebie.
Macie na stopach Conversy, Vansy, Martensy, czy całkiem przeciętne trampki za 20 złociszy, Made in Korea? Macie na nogach dżinsy? Macie na sobie t-shirt, z nazwą odpowiednio zbuntowanego zespołu? Jeździcie ze starymi Oplami, Fordami, Chevroletami, Volkswagenami, Fiatami? Żrecie żarcie z Tesco, Auchanów i innych Carrefourów? Pijecie Coca-Colę, Fantę, Mirindę et consortes trunki? Palicie Marlboro, L&M, Pall Malle i inne Wajsroje? Macie zainstalowany Windows, Firefoxa i Winampa? Na pewno. Na pewno kurwa siedzicie w tym zajebanym, “konformistycznym”, “komercyjnym”, “kapitalistycznym” świecie po same zbuntowane uszy. Wyobraźcie sobie, że to wszystko znika. Że jest tak, jak sobie wymarzyliście. Że nie ma kapitalizmu, nie ma hamerykańskich dżinsów, nie ma buntowników z Ramones, nie ma samochodów zagrażających środowisku.
Siedzimy w ulepionej z gówna lepiance, żremy szczury i trawę, nosimy kiecki z liści, biegamy z sarnami i antylopami po Dolinie Rospudy. Punk gramy na bębnach i tam-tamach, modlimy się do drzew i wyimaginowanego boga. To byłby dopiero zajebisty świat. Świat bez podziałów, bez biednych i bogatych, bez pieniędzy, które symbolizują szatana, bez korupcji, bez zła! Świat piękny i wymarzony! Wspaniała wizja, nieprawdaż?
Widzicie, bunt ma sens, kiedy jest się o co buntować. Luke Skywalker mógł się buntować przeciwko Imperium. Ale buntowanie się przeciwko tak oczywistym i wygodnym rzeczom, jak współczesny świat jest kretynizmem i generalnie – jest chujowe. I nieopłacalne.
Jeżeli będziecie walczyć z wyścigiem szczurów, o buntownicy, to staniecie na szarym końcu socjologicznego łańcucha. Zostaniecie zepchnięci na margines społeczeństwa i prawdopodobnie zdechniecie przed trzydziestką w jakiejś zasranej kawalerce. W dzisiejszym świecie trzeba się przepychać łokciami, nogami, głową i najlepiej jeszcze mieć za sobą jakiegoś towarzysza, którego w dogodnej chwili można popchnąć na pastwę przeciwnikom, a samemu zręcznie wykorzystać powstałą w ten sposób lukę w szczelnej otoczce wyższej klasy społecznej. Im szybciej zmądrzejecie, dorośniecie i to pojmiecie – tym lepiej dla was.
A tani, konfekcjonowany bunt możecie sobie w dupę wsadzić. Nie jesteście “Generacją Nic”.