Pod pretekstem Much.

Luty 10, 2010

Kiedy dwa i pół roku temu Muchy wydały pompowany przez wcześniejsze dwa i pół roku balon z napisem “Terroromans” przyznaję, że nawdychałem się tego ich helu i cienkim głosem wykrzyczałem nie tylko tutaj, że oto mamy płytę przełomową, być może najważniejszą w historii polskiej muzyki (popowej do cholery, nikt tu nie mówi o Chopinie). Kolega F. wypomniał mi to dwukrotnie w ciągu ostatniego tygodnia, pora więc na odpowiedź.

(Najpierw jednak przypomnę, że kolega F. w tym samym czasie twierdził, że Muse to świetny zespół, a Starlight to dobra piosenka. Nie ma to żadnego związku z tematem, ale zawsze dobrze jest wbić przeciwnikowi szpilę, której się nie spodziewa.)

Mój wpis z listopada 2007 roku i cała sytuacja związana z zespołem Muchy są tylko jednostkowym przykładem pewnego globalnego zjawiska, który stał się tak wyraźny, gdyż jako jeden z niewielu rozegrał się na polskim poletku muzycznym.

Zjawisko to można określić roboczo jako “Syndrom oczekiwania na The Beatles” i dotyczy ogromnej liczby (przepraszam za określenie) fanów muzyki popularnej urodzonych po roku 75 (w przybliżeniu oczywiście). Im młodszy jest ów fan, tym syndrom przejawia się gwałtowniej i agresywniej, nasilany dodatkowo przez rozwój internetu, łatwość komunikacji za pomocą serwisów społecznościowych i rozmycie pojęć dziennikarstwa i opiniotwórczości przez zjawisko blogosfery.

Przelećmy szybko przez pierwszą dziesiątkę podsumowania ostatniego półwiecza w muzyce stworzonego przez pewien serwis na P. Na dziesięciu artystów, których uznano za najważniejszych dla rozwoju muzyki popularnej najlepsze lata aż ośmiu przypadły na dekady 60-s i 70-s. Osoby, których wówczas nie było na świecie, lub ich świadomość muzyczna była na poziomie pierwotniaka siłą rzeczy muszą ubolewać, że nie było im dane pójść na koncert The Beatles. Nie ogarnęli premiery Pet Sounds, Highway 61 czy Low. Jak pisałem im później – tym gorzej. Moje pokolenie poznało po fakcie nawet tak stosunkowo nowe albumy jak OK Computer i Loveless.

I choć muzyka nie jest dobrem zbywalnym, że każdy z tych albumów można kupić na eBayu, to wkurwia. Każdy, kto muzyki słucha nie tylko w Zetce ubolewa, że starsi mieli lepiej, że za ich czasów muzyka była na prostej wznoszącej, że średnio co dwa lata ukazywał się album dla gatunku przełomowy, że rok bez napierdalającego po uszach 10/10 był niegdyś rokiem straconym.

Siedzimy teraz, dwudziesto-kilku latkowie i zerkamy na tych staruchów z zazdrością, bo oni mieli lepiej. I czekamy na naszą szansę. Chcemy wyczekać na ten jeden zespół, który wyda swojego Sierżanta Pieprza w momencie, kiedy my łapiemy cały ten rozmyty muzyczny krajobraz najbardziej. Kiedy nastał nasz czas, bo starsi już nie mają na to czasu, a młodsi muszą do tego dorosnąć. Ale niestety, póki co chuja widać. I to nas wkurwia jeszcze bardziej.

Czekamy, czekamy i z każdym genialnym singlem nowego wykonawcy jesteśmy pełni nadziei, że to może być właśnie to, że wreszcie mamy swoje Thriller, że od jutra będziemy mogli z wyższością spoglądać na tych, którzy dopiero poznają muzykę jako taką i w tej chwili doznają seryjnych orgazmów przy Bowiem. Frustracja narasta, a zjawisko hype-u, bo o nim tutaj mowa, staje się coraz powszechniejsze.

W Polsce problem jest podwójny, bo jako jeden z największych europejskich krajów nie mamy ŻADNEGO dobrego eksportowego zespołu (nie mówimy tu o równaniu się ze Stanami czy UK, ale popatrzcie tylko na te wypiździejewskie kraje skandynawskie i powiedzcie, czy was szlag nie trafia). Ba, nie mamy nawet żadnego zespołu bezdyskusyjnie dobrego, a fakt, że za szczyt alternatywy połowa Polaków uważa zespoły Oddział Zamknięty i Coma tylko dolewa oliwy do ognia.

W ostatnim czasie najwyraźniejszymi ofiarami tego wszystkiego stały się Muchy. Wyposzczony, załamany i sfrustrowany polski fan usłyszał EP-kę, na której można było usłyszeć jedne z najlepszych polskich piosenek od dłuższego czasu, więc siłą rzeczy musiał złapać haczyk podczepiony do nieadekwatnie wielkiej wędki. Polski fan czekał, media podgrzewały atmosferę coraz bardziej, jeden trybik maszyny kręcił drugim, aż w końcu światło dzienne ujrzał wspomniany na początku Terroromans.

Który – mimo wszystko, i mówię to z pełnym przekonaniem – jest naprawdę zajebisty. Nie jest to płyta przełomowa bo takiej od 2000 roku nikt nie nagrał, nie rozpierdoliła w chuj wszystkiego, co uszy kiedykolwiek słyszały, ale jest to tak mocne 8/10, jak mało co w Polsce w czasie ostatniej dekady. I dlatego hype nie pękł z hukiem, tylko raczej spokojnie rozszedł się po blogach, fejsbukach i lastefemach.

I kolega F. może zarzucać Muchom nieskomplikowanie muzyczne, prostotę konstrukcji niektórych utworów, ale niech wpierw sam wskaże swoją ulubioną polską płytę i powie mi, co takiego skomplikowanego jest w self-titled C.K.O.D. NIC. Debiut Łodzian był tak bezczelnie nieskomplikowanym albumem opartym na prostych riffach i hookach, a mimo to nikt nie podważa klasy tej płyty, bo przy całej atmosferze pasteryzowanego buntu dla bogatych (he, he) te utwory są cholernie catchy. To potrafią w Polsce nieliczni, ale z całą pewnością “kompozytorskie” duety Wandachowicz/Ostrowski i Wiraszko/Maciejewski.

Zarzucanie Muchom braku świeżości przy jednoczesnym chwaleniu Rentonu, o którym można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest świeży zakrawa na ostrą hipokryzję. Podobnie z Lake & Flames – kolega F. chwali TCIOF za utwory “ciekawe od kuchni” przy jednoczesnym zarzucaniu Carsom przekombinowania i zbytniego rozmycia albumu (w kuluarach, ale kto wie, ten wie). To razi, zwłaszcza przy próbach zachowania pozorów obiektywnego tekstu (“odcinamy się od last.fm, spójrzmy na to możliwie na zimno”).

Zbierając to wszystko do kupy – hype na Muchy był przesadzony, ale w obecnych czasach jest taki każdy. Zjawisko hype-u jest nierozerwalnie związane z przegięciem, a przy obecnej sytuacji na rynku muzycznym nie da się od niego uciec. Hype stał się znakiem naszych czasów i internetowego podejścia do muzyki i będzie tak, dopóki któryś zespół bezdyskusyjnie go nie rozładuje. A “Terroromans” jest bardzo dobrą płytą, niezależnie od medialno-fanowskiej otoczki.

Pozostaje nam usiąść spokojnie i czekać na “Notorycznych Debiutantów”. I wyglądać jednocześnie, czy gdzieś tam, w Liverpoolu, Manchesterze czy Hawthorne nie rodzi się przypadkiem zespół, który wyda album na który czeka nasze pokolenie.

Masz przejebane psie. Nie lubię cię. Życzę ci, żebyś wpadł pod ten samochód na który szczekasz na spacerze. Depczę cię po łapach w windzie, kiedy twój właściciel gada przez telefon. Przeklinam, kiedy tylko cię widzę. Uważam, że jesteś najbardziej wkurwiającym elementem miejskiego krajobrazu. Jesteś gorszy niż spóźniający się tramwaj, remont w mieszkaniu obok i zima stulecia. Ale nie martw się. To nie twoja wina.

Winny jest twój właściciel imbecyl. Który kupił cię, bo dzieci chciały. Któremu użaliło się, bo twój poprzedni pan miał cię w dupie. Który kurwa, trzyma cię w bloku.

Pies jest najpopularniejszym polskim zwierzęciem domowym. Nie stanowiłoby to żadnego problemu, gdyby nie fakt, że lwia część naszego społeczeństwa mieszka w blokach, kamienicach ogółem budynkach z dwoma i więcej lokalami mieszkalnymi. A pies się do bloku nie nadaje. Pies w bloku wkurwia. W bloku można trzymać kota, chomika, szynszyla, kurwa rybki ale nie psa. Z kilku powodów.

Po pierwsze robimy krzywdę samemu psu. Jako zwierzę pochodzące w linii prostej od wilka pies potrzebuje przestrzeni do życia. A przestrzeń to nie jest 50m2 powierzchni użytkowej dzielonej z trójką ludzi. Pies nie jest radosny przechadzając się od stołu do kanapy. I nie ma znaczenia, czy jest to owczarek niemiecki, czy przypominający raczej chorego szczura ratlerek. Pies chce biegać.

I nie załatwią tego spacery na smyczy. Po pierwsze pies nie lubi smyczy, po drugie pies nie lubi kagańca. A spróbujcie mnie spotkać na spacerze z psem bez tych akcesoriów – zaraz dzwonię na policję.

Poza tym kiedy już jesteśmy na spacerze, pies chce się wysrać. Nie ma w tym nic zdrożnego, sram ja, ty, on, nie sra tylko moja dziewczyna, bo to by było obleśne. Ale my po sobie sprzątamy. Jasne, w miastach coraz popularniejsze robią się pojemniczki na psie odchody i zestawy do sprzątania po pupilu – ale W ŻYCIU nie widziałem, żeby ktoś sprzątał to, co jego pies nasra. Właściciel imbecyl wyprowadza to szczekające gówno na spacer i zostawia je tam, gdzie akurat się uzna – na chodniku, na skwerku, na alejce w parku. A ja potem idę i zamiast podziwiać piękno miejskiej zabudowy muszę pilnować, żeby się nie wyjebać na nasranym. W cywilizowanym świecie. O zostawieniu psiej kupy w windzie już nawet nie wspomnę – najchętniej kazałbym właścicielowi imbecylowi zjeść to gówno prosto z podłogi.

Wróciliśmy już jednak ze spaceru, jesteśmy zmęczeni, idziemy spać. Pies jest jednak głodny. A że jest też przy okazji głupi, to pizzy sobie w środku nocy nie zamówi. I zaczyna szczekać. I chuj, że budzi właściciela – właściciel sam sobie winny, że jest imbecylem. Budzi też bogu ducha winnych lokatorów mieszkania po lewej, po prawej, nad i pod mieszkaniem imbecyla, a jak pies odpowiednio duży, to i kilku kolejnych apartamentów.

Pies śmierdzi. Śmierdzi sam z siebie, bo taka jest jego psia natura. Nie kąpie się psa codziennie, więc siłą rzeczy musi zacząć jebać. A nie ma nic bardziej drażniącego, niż po drodze do pracy wpakować się w wycieczkę przez piętnaście pięter w jebiącej windzie. I jak tu potem z uśmiechem powiedzieć dzień dobry cieciowi, jak dzień się wcale dobrze nie zaczął?

Słowem podsumowania – chcesz mieć psa, najpierw zarób na dom. Twoje dzieci chcą mieć psa – to trzeba im cholera potrafić odmówić. Jak będą chciały mieć kucyka to im go nie kupisz, bo nie trzyma się kucyka w bloku. Psa do cholery jasnej też nie.

Gry idealne.

Luty 2, 2010

Na początku był chaos. Potem pojawił się Pong, potem Space Invaders, potem Tetris, a następnie Arkanoid. Cztery gry, które wyszły do ludzi, gry, które przebiły się do zbiorowej świadomości świata, gry w które zagrał każdy, od największych hardkorowców, którzy przeszli Blade Runnera na wszystkie sposoby, po gospodynie domowe. Cztery gry, które zaistniały na ekranach komputerów, telewizorów, automatów, telefonów komórkowych, iPodów, przenośnych konsolek z odpustów z cyklu “999 Games In 1″, są nawet mikrofalówki, na których w oczekiwaniu na jedzenie możesz sobie pyknąć rundkę w Tetrisa.

O każdej z tych gier możemy powiedzieć, że była grą idealną. Ryzykowne stwierdzenie, ale po chwili zastanowienia jakże prawdziwe. Każda z nich przetrwała próbę czasu. Mimo braku jakiejkolwiek grafiki, ujemnej ilości dźwięków, zasad skomplikowanych jak obsługa widelca – są po prostu kurewsko grywalne. I zupełnie niezobowiązujące. Nie wymagają poświęcania mnóstwa czasu, nie wymagają czytania instrukcji, po prostu mając wolne pięć minut możesz sobie bez problemu zagrać.

Dziś mówimy na nie “minigierki”. Ale właśnie takie minigierki zrobiły przemysł gier komputerowych. To w minigierki zagra każdy. Nie każdy siądzie do World of Warcraft. Nie każdy zagra w Rainbow Six. Nie każdy pojmie klawiszologię Soul Calibura. Nie każdemu spodoba się Mass Effect. Ale każdy potrafi odbijać paletką piłeczkę.

Z czasem rynek gier ewoluował. Powstał jasny podział gatunkowy na RTS, RPG, FPP etc. Wraz z postępem podział ten zaczął zanikać, dziś nikogo nie zdziwi First Person Shooter z elementami RPG, RTS i baseballa. Nie każdy się w tym odnajdzie. A w minigierkach odnajdzie się każdy.

Jest rok 1998. Nintendo wydaje pierwszego prawowitego następcę wymienionych na początku gier. Mario Party mogło osiągnąć gigantyczny sukces. To była gra, w którą zagrałby każdy, dodatkowo wykorzystywła wąsatego hydraulika, który jest maszynką do robienia pieniędzy. Tak się nie stało ze względu na samobójczą konstrukcję N64. Kartridże to był zły pomysł, dlatego większość graczy przyniosła pod strzechy PSX.

Podobny błąd popełniono przy GameCube – mini dyski przegrały z możliwościami wykorzystania PS2 jako odtwarzacza DVD i, powiedzmy to szczerze, na Kostce ciężko było z piratami. A piraci również są ważnym ogniwem w całej tej komercyjno-growej maszynie.

Miyamoto myślał, myślał i wymyślił. Często mówi się, że selling-pointem Wii są kontrolery. Błąd. Selling-pointem Wii są minigierki. Które uberłatwo obsługuje się Wii-motem. Wii to Mario Party do kwadratu, Arkanoid do sześcianu. Wii to kwintesencja gier.

Na Wii może zagrać każdy. Nintendo wróciło do korzeni gier, kiedy prostota i nieskomplikowanie umożliwiły popularyzację tej formy rozrywki. Gdyby pierwszą grą na świecie było Rainbow Six, gry byłyby niszową rozrywką dla hardkorowców.

Dlatego nie zawaham się nazwać Wii “konsolą idealną”. Bo to najbardziej “growa” platforma z najbardziej “growymi” grami jaka kiedykolwiek powstała. To po prostu rozrywka w najczystszej postaci.

BTW: Ostatnio przerobiłem mojego Maka na N64. I straciłem wczoraj pięć godzin przy F Zero X, gdzie używa się trzech klawiszy. I o to, kurde, chodzi w grach.